Jednym z częstszych powodów, dla których rodzice zgłaszają się po pomoc, jest zdanie: „On niczego nie zrobi sam”. Trzeba przypominać, pilnować, namawiać, sprawdzać. Powiedzieć, kiedy odrobić lekcje, przypomnieć o stroju na WF, dopilnować plecaka, zapytać, czy dziecko nauczyło się do sprawdzianu. Nastolatek potrafi przez pół wieczoru odkładać zadanie, a kiedy rodzic przestaje naciskać, okazuje się, że zadanie rzeczywiście nie zostało wykonane.
W takiej sytuacji łatwo dojść do wniosku: „On nie ma motywacji”.
Czasami rzeczywiście problem dotyczy motywacji. W pracy z dziećmi i nastolatkami warto jednak wcześniej zadać inne pytanie: co sprawia, że temu konkretnemu dziecku trudno jest rozpocząć działanie, utrzymać jego kierunek, zaplanować kolejne kroki albo doprowadzić je do końca?
To ważne rozróżnienie. Dziecko może nie chcieć czegoś zrobić, ale może też chcieć i jednocześnie mieć trudność z przełożeniem zamiaru na działanie. Może nie rozumieć, czego właściwie się od niego oczekuje. Zadanie bywa zbyt trudne, odległe w czasie, nudne albo wywołuje lęk przed porażką. Czasem przeszkodą jest zmęczenie, przeciążenie, trudność z przerwaniem jednej aktywności i rozpoczęciem kolejnej albo brak odpowiedniej strategii organizacyjnej.
Dopiero kiedy spróbujemy rozróżnić te sytuacje, możemy sensownie zastanawiać się nad tym, jakiego rodzaju wsparcia dziecko potrzebuje.
Jest to szczególnie istotne wtedy, gdy mówimy o dzieciach neuroróżnorodnych.
U części dzieci z ADHD trudności związane z funkcjami wykonawczymi mogą utrudniać rozpoczęcie zadania, utrzymanie celu, organizację kolejnych kroków czy przechodzenie między aktywnościami. Dziecko może wiedzieć, co powinno zrobić, a mimo to mieć trudność z przejściem od wiedzy do działania. Nie jest to równoznaczne z „brakiem motywacji” i nie opisuje wszystkich dzieci z ADHD w taki sam sposób.
Podobnie w przypadku dzieci autystycznych trudność z wykonaniem polecenia nie musi oznaczać braku chęci współpracy. Znaczenie może mieć sposób przekazania oczekiwania, przewidywalność sytuacji, trudność ze zmianą aktywności, sposób przetwarzania informacji, komunikacja albo niedopasowanie środowiska. Jednocześnie nie każde zachowanie dziecka autystycznego należy tłumaczyć jego profilem neurorozwojowym. Ono również może czegoś po prostu nie chcieć, nie zgadzać się z dorosłym albo próbować uniknąć trudnego zadania.
Celem wychowania nie jest ani ciągłe usprawiedliwianie zachowania dziecka, ani przypisywanie każdej trudności złej woli. Chodzi o rozwijanie jego możliwości przy zachowaniu odpowiednich granic.
Samodzielność nie oznacza radzenia sobie bez pomocy
Kiedy mówimy o samodzielności, łatwo wyobrazić sobie dziecko, które samo pamięta o obowiązkach, organizuje czas, podejmuje decyzje i nie potrzebuje przypominania. Taki obraz może być jednym z kierunków rozwoju, ale nie powinien stać się jedyną miarą dojrzałości.
Samodzielność nie zawsze oznacza wykonywanie wszystkiego bez pomocy.
Dziecko może coraz bardziej kierować własnym działaniem, korzystając z kalendarza, listy zadań, alarmów w telefonie, wizualnego planu czy pomocy drugiej osoby. Dla części osób takie rozwiązania będą potrzebne przez pewien etap rozwoju, dla innych pozostaną stałym sposobem organizowania codziennego funkcjonowania.
To szczególnie ważne w neuroróżnorodności. Jeżeli dzięki określonemu narzędziu dziecko samo podejmuje decyzję, rozpoczyna zadanie, uczestniczy w zajęciach albo komunikuje swoje potrzeby, trudno uznać takie narzędzie za przeciwieństwo autonomii.
Celem nie jest pozbycie się wszystkich podpór. Ważniejsze jest, aby dziecko coraz lepiej rozumiało, co mu pomaga, potrafiło z tego korzystać i w miarę możliwości samo decydowało o sposobie organizowania własnego działania.
Co właściwie mamy na myśli, mówiąc o motywacji?
W potocznym języku „motywacja” często oznacza po prostu chęć zrobienia czegoś. Z perspektywy psychologii sprawa jest bardziej złożona.
Dziecko może odrabiać lekcje, ponieważ boi się kary, chce dostać nagrodę, nie chce zawieść rodziców albo uważa naukę za ważną, nawet jeśli samo siedzenie nad książką nie sprawia mu przyjemności. Z zewnątrz wszystkie te sytuacje mogą wyglądać podobnie. Psychologicznie jednak nie są tym samym.
Teoria autodeterminacji Edwarda Deciego i Richarda Ryana zwraca uwagę na trzy podstawowe potrzeby psychologiczne: autonomię, kompetencję oraz relacyjność.
Autonomia oznacza możliwość doświadczania siebie jako osoby, która ma wpływ na własne działania i może podejmować decyzje. Kompetencja wiąże się z poczuciem, że potrafię coś zrobić, uczę się i jestem w stanie poradzić sobie z wyzwaniami. Relacyjność dotyczy więzi, przynależności i poczucia, że jestem ważny dla innych.
Nie oznacza to, że dziecko powinno decydować o wszystkim. Można przecież wykonać trudne albo nieprzyjemne zadanie z własnej woli, jeśli rozumiem jego sens i uznaję je za ważne. Autonomia nie jest synonimem przyjemności ani braku wymagań.
Dla rodzica oznacza to raczej pytanie: jak pomóc dziecku rozumieć, co robi, dlaczego to robi i w jakim zakresie może mieć wpływ na sposób wykonania zadania?
Autonomia zmienia się wraz z wiekiem
Autonomia nie pojawia się nagle w okresie nastoletnim. Rozwija się przez całe dzieciństwo.
Małe dziecko może wybierać między dwiema bluzkami, zdecydować, czy najpierw umyje zęby, czy założy piżamę, albo wybrać książkę do czytania. W wieku szkolnym zakres decyzji stopniowo się poszerza. Dziecko może uczestniczyć w planowaniu nauki, wybierać sposób wykonania części zadań czy decydować, jak zorganizuje swoje rzeczy.
U nastolatka wzrasta potrzeba prywatności, wpływu na własne życie i podejmowania decyzji, także takich, z którymi rodzic nie zawsze się zgadza.
To jeden z trudniejszych momentów rodzicielstwa: zaakceptowanie, że dziecko może podjąć decyzję, której dorosły sam by nie wybrał, a mimo to nie musi być to decyzja, którą należy mu odebrać.
Zakres swobody zależy oczywiście od wieku, dojrzałości, ryzyka i konkretnej sytuacji. Zmienia się jednak proporcja. Im starsze dziecko, tym częściej rodzic powinien przechodzić od decydowania za nie do wspólnego analizowania możliwości, przewidywania konsekwencji i pozostawiania przestrzeni na własne decyzje.
W przypadku nastolatka pytanie „Jak mam sprawić, żeby zrobił to, czego chcę?” coraz częściej warto zastąpić pytaniem: „W których obszarach jego życia moja decyzja jest rzeczywiście konieczna, a gdzie mogę pozwolić mu decydować samemu?”.
Kiedy rodzic staje się zewnętrznym systemem zarządzania
W gabinecie można czasem obserwować ciekawy paradoks. Rodzic przychodzi z przekonaniem, że dziecko jest mało samodzielne, a w rozmowie okazuje się, że dorosły wykonuje wokół niego ogromną ilość pracy organizacyjnej.
- „Przypominam mu rano, żeby wstał”.
- „Pilnuję, żeby się ubrał”.
- „Sprawdzam, czy spakował plecak”.
- „Przypominam o lekcjach”.
- „Pytam, czy zrobił zadanie”.
- „Wieczorem sprawdzam, czy przygotował się na następny dzień”.
Rodzic robi to zwykle z bardzo konkretnego powodu. Wie, że jeśli nie przypomni, dziecko może zapomnieć. Wie, że jeśli nie dopilnuje, zadanie może nie zostać wykonane. Czasem wcześniej próbował się wycofać i skończyło się to problemami w szkole, konfliktem albo kolejnym nieprzyjemnym doświadczeniem.
W takiej sytuacji trudno powiedzieć rodzicowi po prostu: „Proszę przestać kontrolować”.
Kontrola bywa odpowiedzią na realne trudności dziecka. Bywa również odpowiedzią na lęk rodzica: „Jeśli ja tego nie dopilnuję, kto to zrobi?”.
W przypadku ADHD taki mechanizm może być szczególnie widoczny. Jeżeli dziecko ma trudności z organizacją, rozpoczęciem działania czy pamiętaniem o zadaniach, rodzic może z czasem zacząć pełnić funkcję zewnętrznego organizatora. I rzeczywiście – to może działać. Jeśli mama pięć razy przypomni o plecaku, plecak prawdopodobnie zostanie spakowany.
Problem pojawia się wtedy, gdy system działa wyłącznie dlatego, że rodzic go uruchamia. Dziecko ma wtedy niewiele okazji do rozwijania własnych sposobów organizowania działania.
Rozwiązaniem nie jest nagłe odebranie wszystkich podpór. Dziecko, które potrzebuje zewnętrznej struktury, nie nauczy się organizacji tylko dlatego, że dorosły powie: „Od dzisiaj radź sobie sam”.
Znacznie bardziej realistyczne jest stopniowe przekazywanie kolejnych elementów odpowiedzialności. Najpierw rodzic może przypominać. Później dziecko samo ustawia przypomnienie. Z czasem samo wybiera narzędzie, które pomaga mu pamiętać.
Narzędzie nie musi przy tym zniknąć. Jeżeli dziecko nadal potrzebuje kalendarza, aplikacji czy wizualnego planu, korzystanie z nich nie świadczy o porażce samodzielności.
Wsparcie i kontrola nie są tym samym
Rodzic może przygotować plan dnia, ponieważ wie, że dziecku łatwiej będzie wtedy rozpocząć zadania. Może też wymagać, aby dziecko dokładnie realizowało jego plan i rozliczać każdy krok.
W pierwszym przypadku mamy do czynienia ze wsparciem. W drugim pojawia się znacznie więcej kontroli.
Granica nie zawsze jest oczywista. Pomoc zaczyna przypominać kontrolę wtedy, kiedy dziecko ma coraz mniej możliwości wpływania na sposób działania, a coraz więcej zależy od tego, czy spełni oczekiwania dorosłego.
Wspieranie autonomii oznacza pozostawianie wyboru tam, gdzie wybór rzeczywiście jest możliwy.
Dziecko nie musi decydować o tym, czy pójdzie do szkoły, ale może mieć wpływ na to, w jakiej kolejności przygotuje się rano. Nie musi decydować, czy ma odrobić lekcje, ale może wybrać, od którego zadania zacznie. Przy korzystaniu z telefonu może uczestniczyć w ustalaniu sposobu, który ułatwi mu przejście do kolejnej aktywności.
W przypadku dzieci neuroróżnorodnych sposób dawania wyboru również wymaga dopasowania. Otwarte pytanie „Jak chcesz to zrobić?” dla jednego dziecka będzie pomocne, dla innego zbyt trudne. Wtedy lepiej zaproponować dwie konkretne możliwości.
To nadal jest wybór.
„Nie chcę” może znaczyć wiele różnych rzeczy
W pracy z rodzicami bardzo często wracamy do zdania: „On po prostu nie chce”.
Czasem rzeczywiście tak jest.
Ale „nie chcę” może również oznaczać:
- „Nie wiem, jak zacząć”.
- „Nie rozumiem, czego ode mnie oczekujesz”.
- „To zadanie jest dla mnie za trudne”.
- „Boję się, że sobie nie poradzę”.
- „Jestem już przeciążony”.
- „Nie potrafię przerwać tego, co właśnie robię”.
- „Nie widzę sensu tego zadania”.
- „Nie zgadzam się na sposób, w jaki mi to proponujesz”.
- „Potrzebuję zrobić to inaczej”.
Dla rodzica różnica może być ogromna. Jeżeli dziecko nie chce, ponieważ zadanie jest nudne, można pracować nad tolerowaniem nieprzyjemnego wysiłku. Jeżeli nie zaczyna, ponieważ nie wie, od czego zacząć, potrzebuje zupełnie innego rodzaju pomocy.
Dlatego zanim zwiększymy presję, warto spróbować zrozumieć, co stoi za zachowaniem dziecka.
Nie chce czy nie potrafi?
Pomocne może być zadanie sobie pięciu pytań:
Czy dziecko wie, czego od niego oczekuję?
Czy wie, jak zacząć?
Czy potrafi wykonać zadanie na swoim obecnym poziomie umiejętności?
Czy warunki pozwalają mu je wykonać?
Czy rzeczywiście odmawia, czy sygnalizuje przeciążenie, lęk albo potrzebę wpływu?
Nie każda odpowiedź prowadzi do rezygnacji z wymagania. Czasem potrzebna jest większa jasność, rozbicie zadania na etapy, zmiana sposobu komunikacji albo pomoc w rozpoczęciu.
W przypadku dziecka autystycznego szczególnie pomocne może być sprawdzenie, czy trudność wynika z samego wymagania, czy także ze sposobu jego przedstawienia i warunków, w których ma zostać wykonane.
Jeżeli dziecko ma trudność z przechodzeniem między aktywnościami, komunikat „Wyłącz komputer natychmiast” może wywołać inną reakcję niż wcześniejsze uprzedzenie o końcu czasu, jasna informacja o tym, co wydarzy się potem, i możliwość przygotowania się do zmiany.
Niewielka modyfikacja środowiska czasami okazuje się skuteczniejsza niż kolejne zwiększanie kontroli.
Autonomia, kompetencja i relacja
Autonomia jest tylko jednym z elementów teorii autodeterminacji. Równie ważne są poczucie kompetencji i relacyjność.
Dziecko potrzebuje doświadczać, że potrafi coś zrobić i że jego wysiłek prowadzi do postępu. Potrzebuje też poczucia, że jest ważne dla innych niezależnie od tego, czy właśnie odrobiło lekcje, dostało dobrą ocenę albo zachowało się idealnie.
Relacja ma tu znaczenie praktyczne, a nie tylko emocjonalne. Dziecko, które wie, że może popełnić błąd, poprosić o pomoc i powiedzieć „nie wiem”, ma więcej przestrzeni do uczenia się. Trudniej rozwijać autonomię, jeśli każda porażka oznacza utratę aprobaty, a każda samodzielna decyzja staje się testem lojalności wobec rodzica.
Warto więc uważać na sytuacje, w których pochwała albo bliskość zaczynają być związane wyłącznie z osiągnięciami.
Nie ma nic złego w powiedzeniu: „Jestem z ciebie dumna” albo „Cieszę się, że udało ci się to zrobić”. Problem pojawia się wtedy, gdy dziecko zaczyna doświadczać, że jego wartość zależy od wyników albo zachowania zgodnego z oczekiwaniami dorosłych.
Bezpieczna relacja daje dziecku miejsce na próbowanie, popełnianie błędów i stopniowe przejmowanie odpowiedzialności.
W ADHD warto oddzielić trudność wykonawczą od odpowiedzialności
Dziecko z ADHD może doskonale wiedzieć, co powinno zrobić, i nadal mieć trudność z przejściem od wiedzy do działania.
„Wiem, że mam się uczyć”.
„Wiem, że powinienem posprzątać”.
„Wiem, że jutro mam sprawdzian”.
Samo wiedzenie nie gwarantuje wykonania.
Dlatego komunikat „Przecież doskonale wiesz, co masz zrobić!” może być niewystarczający. Bardziej pomocne bywa: „Wiesz, co masz zrobić. Zobaczmy teraz, co pomoże ci zacząć”.
To nie zwalnia dziecka z odpowiedzialności. Pozwala natomiast oddzielić odpowiedzialność za zadanie od założenia, że każda trudność z jego wykonaniem wynika ze złej woli.
U części dzieci z ADHD pomocne są zewnętrzne struktury: przypomnienia, krótkie etapy, wizualne plany, ograniczenie liczby jednoczesnych poleceń czy określony sposób rozpoczynania zadania. Jeżeli takie rozwiązanie realnie poprawia funkcjonowanie, nie musi być traktowane jako etap, który za wszelką cenę należy zakończyć.
Ważne jest, aby dziecko stopniowo przejmowało kontrolę nad korzystaniem z tych narzędzi.
W autyzmie ostrożnie z „samodzielnością za wszelką cenę”
Pod hasłem rozwijania samodzielności może kryć się oczekiwanie, że dziecko powinno nauczyć się funkcjonować dokładnie tak jak jego neurotypowi rówieśnicy.
Może to oznaczać nacisk na utrzymywanie kontaktu wzrokowego, określony sposób zachowania, rezygnowanie z własnych strategii regulacji albo znoszenie sytuacji, które są dla dziecka szczególnie obciążające, mimo że istnieją inne sposoby osiągnięcia tego samego celu.
Tymczasem nie każda różnica w zachowaniu jest deficytem, który trzeba wyeliminować.
Jeżeli dziecko potrzebuje słuchawek, żeby skoncentrować się w hałaśliwym miejscu, korzystanie ze słuchawek nie jest porażką samodzielności. Podobnie plan wizualny może pozostać potrzebnym narzędziem także wtedy, gdy dziecko jest starsze.
Jeżeli nastolatek potrzebuje więcej czasu na przygotowanie się do zmiany, warto najpierw sprawdzić, czy można zwiększyć przewidywalność sytuacji. Elastyczność pozostaje ważną umiejętnością, ale jej rozwijanie nie powinno sprowadzać się do wymuszania zgodności z normą.
Celem jest zwiększanie możliwości uczestniczenia w życiu, podejmowania decyzji i radzenia sobie w różnych sytuacjach, a nie eliminowanie wszystkich zachowań odbiegających od typowego sposobu funkcjonowania.
A co z maskowaniem?
W przypadku dzieci autystycznych warto uważać na sytuacje, w których rozwijanie kompetencji społecznych zaczyna oznaczać stałe ukrywanie własnych trudności albo potrzeb.
Dziecko może nauczyć się, że powinno wyglądać na spokojne, nie mówić o przeciążeniu, nie prosić o przerwę albo za wszelką cenę zachowywać się zgodnie z oczekiwaniami otoczenia.
Nie każde dostosowanie społeczne jest jednak maskowaniem. Uczenie się zasad komunikacji, uwzględniania innych ludzi czy funkcjonowania w grupie jest naturalną częścią rozwoju. Istotne jest pytanie, czego dziecko się uczy i jakim kosztem.
Badania nad kamuflowaniem w autyzmie wskazują na związki między nasileniem takich zachowań a różnymi trudnościami dotyczącymi dobrostanu psychicznego, poczucia siebie czy relacji. Nie można jednak traktować tej zależności jako prostego związku przyczynowego. Znaczenie ma kontekst społeczny, motywacja oraz rodzaj stosowanych strategii.
Jeżeli nowa umiejętność daje dziecku większy wybór sposobu reagowania i pomaga mu lepiej rozumieć sytuację, rozwijamy kompetencję. Jeżeli natomiast dziecko uczy się przede wszystkim ukrywać przeciążenie, ból czy własne potrzeby po to, by uniknąć negatywnej reakcji otoczenia, warto zatrzymać się i zastanowić, czy rzeczywiście uczymy samodzielności.
Rozwijanie kompetencji nie powinno prowadzić do przekazu: „Zasługujesz na akceptację wtedy, kiedy potrafisz zachowywać się jak inni”.
Konsekwencje to nie to samo co kara
Jednym z elementów uczenia odpowiedzialności jest możliwość doświadczenia związku między własnymi decyzjami a ich skutkami.
Warto rozróżnić konsekwencję od kary.
Konsekwencja może być naturalnym skutkiem decyzji. Jeżeli dziecko nie zabrało parasola, może zmoknąć. Jeżeli nastolatek nie przygotował stroju na trening, może nie mieć odpowiedniego ubrania. Dorosły nie musi automatycznie usuwać wszystkich takich skutków.
Kara jest natomiast celowo zastosowaną przez dorosłego dolegliwością mającą odpowiedzieć na zachowanie dziecka.
W przypadku dzieci neuroróżnorodnych trzeba dodatkowo sprawdzić, czego dana sytuacja może nauczyć. Jeżeli dziecko zapomniało czegoś z powodu rzeczywistych trudności z pamiętaniem i organizacją, samo doświadczenie kolejnej porażki nie musi nauczyć go skuteczniejszego planowania.
Dlatego konsekwencję warto połączyć z uczeniem strategii.
„Dzisiaj będziesz musiał poradzić sobie bez tego. Później zastanowimy się, co pomoże ci następnym razem pamiętać”.
Rozwiązaniem może być lista, alarm w telefonie, stałe miejsce na rzeczy przy drzwiach albo przygotowanie plecaka wieczorem.
Chodzi o to, żeby dziecko nie tylko doświadczyło skutku swojej decyzji, ale również miało szansę nauczyć się czegoś, co zwiększy prawdopodobieństwo innego rozwiązania następnym razem.
Nagrody mogą być użyteczne, ale nie powinny być jedynym sposobem motywowania
Wokół nagród narosło wiele uproszczeń. Nie każda nagroda niszczy motywację.
Strategie oparte na wzmacnianiu zachowania są jednym z dobrze zbadanych sposobów wspierania dzieci z ADHD, szczególnie wtedy, gdy stanowią część szerszego planu pracy. Nagroda może być pomocna, gdy zadanie jest odległe w czasie, mało atrakcyjne albo wymaga uruchomienia działania, które samo w sobie nie daje natychmiastowej satysfakcji.
Problem pojawia się wtedy, gdy zewnętrzna nagroda staje się jedynym sposobem uruchamiania zachowania i każda codzienna czynność zaczyna wymagać negocjacji: „Jeśli się nauczysz, dostaniesz…”, „Jeśli posprzątasz, dostaniesz…”.
Wtedy warto poszerzyć repertuar sposobów wspierania działania: pomóc dziecku zrozumieć cel, skrócić odległość między działaniem a jego skutkiem, dać ograniczony wybór, dostosować poziom trudności i rozwijać strategie organizacyjne.
Nie trzeba wybierać między wzmacnianiem zachowania a wspieraniem autonomii. Metody można dobierać do potrzeb dziecka i konkretnego celu.
Rodzic też ma prawo mieć ambiwalentne uczucia
W rozmowie o autonomii łatwo stworzyć obraz rodzica, który powinien po prostu przestać kontrolować i zaufać dziecku.
W rzeczywistym życiu nie jest to takie proste.
Rodzic może wiedzieć, że nadmiernie przypomina, a jednocześnie bać się, że bez przypominania dziecko poniesie kolejną porażkę. Może być zmęczony codziennymi konfliktami i mieć poczucie winy, kiedy próbuje się wycofać. Pamięta przecież, ile razy wcześniej dziecko sobie nie poradziło.
W przypadku dziecka neuroróżnorodnego ten lęk może być szczególnie zrozumiały. Trudności wykonawcze, komunikacyjne czy związane z regulacją nie znikają dlatego, że dorosły postanowi „bardziej zaufać dziecku”.
Dlatego zmiana nie powinna wyglądać jak gwałtowne przejście od pełnej kontroli do pełnej swobody. Bardziej realistyczne jest wspólne sprawdzanie, co dziecko już potrafi, gdzie nadal potrzebuje wsparcia i za które elementy może rzeczywiście przejąć odpowiedzialność.
Rodzic może powiedzieć:
„Nie będę robić tego za ciebie. Pomogę ci znaleźć sposób, dzięki któremu będziesz mógł zrobić to sam”.
A czasami:
„Widzę, że na tym etapie potrzebujesz, żebym nadal ci o tym przypominał. Zastanówmy się, jak możemy zrobić to tak, żebyś miał coraz większy wpływ na ten sposób organizacji”.
To jest znacznie bardziej realistyczne niż oczekiwanie, że rodzic z dnia na dzień przestanie pomagać.
Odpowiedzialność trzeba rzeczywiście przekazywać
Nie da się nauczyć odpowiedzialności, pozostawiając całą odpowiedzialność rodzicowi.
Jeśli nastolatek ma sam przygotować się do szkoły, ale rodzic codziennie go budzi, sprawdza plecak, przypomina o zadaniach, monitoruje oceny i kontaktuje się z nauczycielami, trudno oczekiwać, że pewnego dnia po prostu zacznie sam zarządzać swoim życiem.
Przekazywanie odpowiedzialności powinno odbywać się stopniowo. Na początku można wspólnie ustalić, co trzeba zrobić. Później zapytać: „Jak myślisz, co powinieneś zrobić jako pierwsze?”. Następnie: „Jaki masz plan?”. Kolejnym krokiem może być pytanie: „Jakiego narzędzia chcesz użyć, żeby o tym pamiętać?”.
W ten sposób rodzic nie znika, ale zmienia swoją rolę. Coraz mniej organizuje działanie za dziecko, a coraz częściej pomaga mu organizować je samemu.
W przypadku dziecka neuroróżnorodnego proces może wymagać większej liczby podpór i trwać dłużej. Odpowiedzialność nadal może jednak stopniowo przechodzić na dziecko.
Nie musi ona oznaczać wykonywania wszystkich funkcji bez wsparcia. Może oznaczać coraz większy udział w zarządzaniu własnym funkcjonowaniem.
Granice nadal są potrzebne
Wychowanie wspierające autonomię nie jest wychowaniem bez wymagań.
Dzieci potrzebują dorosłych, którzy potrafią powiedzieć „nie”, wyznaczyć granicę i zatrzymać zachowanie, które jest szkodliwe dla nich lub innych.
Potrzebują również dorosłych, którzy potrafią powiedzieć:
„Rozumiem, że nie masz ochoty. I jednocześnie trzeba to zrobić”.
W przypadku dziecka neuroróżnorodnego można dodać:
„Zastanówmy się, co pomoże ci to zrobić”.
Pomocą może być przerwa, zmiana kolejności, rozbicie zadania na mniejsze części, inny sposób komunikacji albo narzędzie organizacyjne. Czasami jednak rozwiązaniem będzie po prostu wykonanie zadania mimo braku ochoty.
Dostosowanie sposobu realizacji wymagania nie musi oznaczać rezygnacji z samego wymagania.
Jednocześnie warto sprawdzać, czy granica odpowiada rzeczywistej potrzebie. Czy zachowanie jest niebezpieczne, krzywdzące albo rzeczywiście ogranicza funkcjonowanie dziecka lub innych osób? Czy raczej przeszkadza mi dlatego, że nie wygląda tak, jak sobie wyobrażałem?
To rozróżnienie potrafi zmienić bardzo wiele.
Autonomia nie musi wyglądać tak samo u każdego dziecka
Łatwo stworzyć sobie obraz samodzielnego nastolatka: sam wstaje, organizuje naukę, pamięta o obowiązkach, zarządza czasem, rozwiązuje problemy i prosi o pomoc wtedy, kiedy jej potrzebuje.
To jeden z możliwych obrazów samodzielności, ale nie jedyny.
Autonomia może oznaczać samodzielne planowanie tygodnia, korzystanie z dobrze dobranego systemu przypomnień albo umiejętność powiedzenia: „Potrzebuję, żeby ktoś pomógł mi zaplanować ten tydzień”.
W każdym z tych przypadków możemy obserwować rozwijającą się sprawczość.
Dlatego warto patrzeć nie tylko na to, ile pomocy dziecko potrzebuje, ale także na to, jaką ma kontrolę nad swoim funkcjonowaniem.
Czy może wyrażać preferencje i uczestniczyć w podejmowaniu decyzji? Czy rozumie powody podejmowanych działań? Czy potrafi powiedzieć, czego potrzebuje? Czy zna strategie, które pomagają mu funkcjonować? Czy korzystanie ze wsparcia nie jest dla niego dowodem własnej niekompetencji? Z czasem powinno też przejmować odpowiedzialność za coraz większą liczbę obszarów swojego życia.
To są znacznie bardziej użyteczne pytania niż samo: „Czy robi wszystko sam?”.
Najtrudniejsza zmiana często dotyczy rodzica
Przejście od kontroli do autonomii dziecka wymaga od rodzica nie tylko znajomości technik, ale także tolerowania pewnego poziomu niepewności.
Jeżeli rodzic przestaje przypominać, dziecko może zapomnieć. Bez sprawdzenia plecaka może czegoś nie zabrać. Brak przypomnienia o nauce może skończyć się gorszym wynikiem. Kiedy nastolatek sam podejmie decyzję, może popełnić błąd.
To wszystko jest możliwe.
Autonomia nie oznacza stworzenia środowiska, w którym dziecko nie ponosi ryzyka ani nie doświadcza porażek. Chodzi o przestrzeń, w której może uczyć się podejmowania decyzji i ponoszenia ich konsekwencji w sposób adekwatny do wieku i możliwości.
Rodzic nadal może być obecny, obserwować, doradzać i pomagać przeanalizować sytuację. Nie zawsze musi jednak podejmować decyzję za dziecko.
To jedna z trudniejszych zmian w rodzicielstwie: zaakceptowanie, że skuteczne wychowanie nie polega na zapobieganiu każdemu błędowi.
Najważniejsze pytanie nie brzmi: „Jak sprawić, żeby chciało?”
Być może najważniejsza zmiana w myśleniu rodzica polega na odejściu od pytania:
„Jak sprawić, żeby moje dziecko chciało to zrobić?”.
Nie mamy pełnej kontroli nad tym, czego dziecko chce. Mamy natomiast wpływ na środowisko, w którym dorasta, sposób formułowania wymagań, rodzaj dostępnego wsparcia i przestrzeń pozostawioną na własne decyzje.
Granice mogą iść w parze z wyjaśnianiem ich sensu. Sposób wykonania zadania można dostosować do możliwości dziecka, a jednocześnie pozwolić mu doświadczyć sukcesu, błędu czy naturalnej konsekwencji. Pomoc nie musi oznaczać przejęcia całego działania. Narzędzie organizacyjne nie jest dowodem braku samodzielności.
W przypadku dziecka neuroróżnorodnego dochodzi jeszcze jeden ważny element: poznawanie własnego sposobu funkcjonowania. Dziecko powinno stopniowo dowiadywać się, co pomaga mu się organizować, kiedy potrzebuje przerwy, jakie warunki ułatwiają mu skupienie i jak może komunikować swoje potrzeby.
Z czasem rodzic powinien coraz mniej występować w roli osoby, która wie, co jest dla dziecka najlepsze, a coraz częściej w roli osoby, która pomaga mu poznać siebie, przewidywać konsekwencje i podejmować własne decyzje.
Od czego zacząć?
Nie trzeba zmieniać wszystkiego naraz.
Warto wybrać jeden obszar, w którym najczęściej dochodzi do konfliktu — poranne przygotowanie, naukę, obowiązki domowe albo przygotowanie plecaka. Przez kilka dni dobrze jest po prostu obserwować, co dokładnie dzieje się przed trudnym zachowaniem.
Zamiast pytać tylko: „Dlaczego on tego nie robi?”, spróbujmy ustalić, co dziecko już potrafi, gdzie zatrzymuje się działanie i jakiej pomocy rzeczywiście potrzebuje.
Potem można wybrać jedną rzecz, z której rodzic stopniowo się wycofa, i jedną, którą dziecko przejmie.
To wystarczy na początek.
Nie chodzi o to, żeby od jutra przestać przypominać, nigdy nie kontrolować i zawsze idealnie wspierać autonomię. Wystarczy jedna mała zmiana, którą da się rzeczywiście utrzymać.
Dziecko nie potrzebuje rodzica, który przez kilkanaście lat będzie jego zewnętrznym systemem zarządzania. Nie potrzebuje też rodzica, który zbyt wcześnie zostawi je samo z trudnościami, których jeszcze nie potrafi samodzielnie udźwignąć.
Potrzebuje dorosłego, który potrafi rozpoznać, kiedy przejąć część odpowiedzialności, kiedy wesprzeć, kiedy zaproponować narzędzie, a kiedy zrobić krok w tył.
W przypadku dziecka z ADHD drogą do większej autonomii może być nauczenie się korzystania z zewnętrznych struktur i przejęcie nad nimi kontroli. W przypadku dziecka autystycznego może to oznaczać rozwijanie możliwości komunikowania potrzeb, dokonywania wyborów, korzystania z dostosowań i uczestniczenia w decyzjach dotyczących własnego życia. U innego dziecka ważnym krokiem będzie stopniowe ograniczanie przypominania.
W żadnym z tych przypadków celem nie jest dziecko, które nie potrzebuje nikogo.
Celem jest człowiek, który coraz lepiej rozumie siebie, zna swoje możliwości i ograniczenia, potrafi podejmować decyzje, umie korzystać z potrzebnego wsparcia i stopniowo przejmuje odpowiedzialność za własne życie.
To jest znacznie więcej niż „motywacja”.
To rozwój autonomii.