Jest taki moment w życiu rodzica, kiedy małe dziecko nagle przestaje być takie małe. Samodzielnie się ubiera, coraz sprawniej czyta, ma własne zdanie i coraz częściej mówi: „Ja sam”. Wiele osób właśnie wtedy odczuwa ulgę. Najtrudniejszy etap wydaje się już za nimi.
Tymczasem z perspektywy psychologa to dopiero początek bardzo ważnego okresu.
Między szóstym a dwunastym rokiem życia nie zachodzą już tak spektakularne zmiany jak w pierwszych latach życia. Nie pojawiają się pierwsze kroki ani pierwsze słowa. Rozwija się coś znacznie mniej widocznego, ale mającego ogromny wpływ na przyszłość – sposób myślenia, rozumienia siebie, budowania relacji i radzenia sobie z emocjami.
To właśnie wtedy dziecko stopniowo odkrywa, że świat nie jest tak prosty, jak wydawało się kilka lat wcześniej.
Świat przestaje być czarno-biały
Sześcio- czy siedmiolatek nadal często myśli w prostych kategoriach. Ktoś jest dobry albo zły. Zachowanie jest sprawiedliwe albo niesprawiedliwe. Z czasem zaczyna jednak zauważać, że ta sama sytuacja może wyglądać inaczej z punktu widzenia drugiej osoby.
To zmiana, która dokonuje się powoli i zwykle pozostaje niezauważona przez dorosłych.
Nagle pojawiają się pytania:
„Może on nie chciał mnie obrazić?”
„Może pani była zdenerwowana czymś innym?”
To właśnie w takich chwilach rozwija się umiejętność patrzenia na świat oczami drugiego człowieka. Dzięki niej łatwiej porozumiewać się z innymi, rozwiązywać konflikty i budować przyjaźnie.
Nie oznacza to oczywiście, że od tej pory każde dziecko stanie się empatyczne i wyrozumiałe. Nadal będzie się kłócić z rodzeństwem, obrażać na kolegów czy niesprawiedliwie oceniać innych. Coraz częściej będzie jednak potrafiło zatrzymać się na chwilę i pomyśleć, że istnieje więcej niż jedno wyjaśnienie danej sytuacji.
Emocje stają się bardziej skomplikowane
W gabinecie rodzice nieraz mówią:
– „Nie rozumiem. Przecież jeszcze przed chwilą była szczęśliwa, a teraz płacze.”
Takie sytuacje są w wieku szkolnym bardzo częste.
Dziecko odkrywa, że można przeżywać kilka emocji jednocześnie. Cieszyć się z wyjazdu i jednocześnie tęsknić za domem. Być dumnym z dobrej oceny, ale martwić się kolejnym sprawdzianem. Kochać młodszego brata, a jednocześnie złościć się, że znowu zabrał ulubioną grę.
To nie oznacza, że emocji jest więcej niż wcześniej. Zmienia się sposób ich rozumienia.
Coraz częściej dziecko dostrzega, że uczucia nie pojawiają się wyłącznie pod wpływem wydarzeń. Znaczenie mają również wcześniejsze doświadczenia, oczekiwania i sposób interpretowania sytuacji.
To ogromny krok w rozwoju emocjonalnym.
Samokontrola nie pojawia się nagle
Dla wielu rodziców zaskoczeniem jest to, że starsze dziecko nie zawsze reaguje spokojniej niż młodsze.
Zdarza się, że siedmiolatek rzuci pionkami po przegranej, a dziesięciolatek trzaśnie drzwiami i zamknie się w swoim pokoju.
Obie reakcje wynikają z silnych emocji.
Różnica polega na tym, że wraz z wiekiem coraz więcej dzieje się wewnątrz. Z czasem coraz częściej potrafi zatrzymać się między emocją a działaniem, choć w wielu sytuacjach nadal reaguje impulsywnie. Umiejętność regulowania emocji rozwija się przez wiele lat i dojrzewa jeszcze długo po zakończeniu szkoły podstawowej.
Dlatego warto pamiętać, że brak samokontroli nie zawsze oznacza brak wychowania. Często oznacza po prostu, że rozwijający się mózg nie jest jeszcze gotowy, by poradzić sobie z napięciem tak sprawnie jak mózg dorosłego.
Rodzice przestają być jedynym światem
Jedną z największych zmian przynosi szkoła.
Nie dlatego, że pojawiają się lekcje czy prace domowe.
Znacznie ważniejsze jest to, że dziecko zaczyna funkcjonować w grupie rówieśniczej przez kilka godzin każdego dnia.
To tam sprawdza, czy jest lubiane. Uczy się współpracy, negocjowania, rozwiązywania sporów i odnajdywania swojego miejsca.
Rodzice często odbierają ten moment jako odsuwanie się dziecka od rodziny.
Zmienia się przede wszystkim sposób, w jaki dziecko korzysta z relacji z dorosłymi. Nadal potrzebuje ich równie mocno, ale już nie po to, by prowadzili je za rękę. Znacznie bardziej potrzebuje świadomości, że są obok i że w trudnej chwili może do nich wrócić.
Bezpieczna relacja z rodzicem nie przestaje być ważna. Wręcz przeciwnie. To ona daje odwagę do próbowania nowych rzeczy poza domem.
Pewności siebie nie da się wmówić
Rodzice często pytają, jak wychować dziecko, które będzie wierzyło w siebie.
Nie ma jednej odpowiedzi na to pytanie.
Wiem natomiast, że poczucie własnej wartości rzadko rodzi się z samych pochwał.
Można codziennie powtarzać dziecku, że jest wyjątkowe. Jeśli jednak na co dzień doświadcza głównie krytyki albo ciągle słyszy, że robi coś gorzej od innych, z czasem bardziej uwierzy własnym doświadczeniom niż naszym zapewnieniom.
Znacznie większe znaczenie ma to, czy ma okazję próbować, popełniać błędy i stopniowo odkrywać, że dzięki własnemu wysiłkowi potrafi nauczyć się nowych rzeczy.
Dlatego zamiast mówić:
„Jesteś bardzo zdolny.”
częściej warto powiedzieć:
„Widzę, ile pracy włożyłeś w to zadanie.”
To niewielka zmiana, ale uczy dziecko, że rozwój nie zależy wyłącznie od talentu.
Każde dziecko rozwija się własnym tempem
To zdanie brzmi jak banał, ale w gabinecie wraca niemal każdego dnia.
Rodzice porównują swoje dzieci z rówieśnikami, rodzeństwem czy dziećmi znajomych. To naturalne. Problem pojawia się wtedy, gdy takie porównania stają się głównym sposobem oceniania rozwoju.
Jedno wcześniej nauczy się organizacji. Inne szybciej odnajdzie się w grupie rówieśniczej. Jeszcze inne będzie godzinami opowiadało o planetach albo dinozaurach, a jednocześnie codziennie zapomni spakować zeszytu.
Rozwój rzadko przebiega równomiernie.
U dzieci neuroróżnorodnych te różnice bywają jeszcze bardziej widoczne. I właśnie o nich warto porozmawiać osobno.
Dlaczego rówieśnicy stają się tak ważni?
Dla wielu rodziców jest to jeden z bardziej zaskakujących momentów. Jeszcze niedawno najważniejszą osobą na świecie była mama albo tata. Nagle okazuje się, że humor dziecka zależy od tego, co wydarzyło się w szkole. Wystarczy jedno nieprzyjemne słowo usłyszane od kolegi, żeby popołudnie przebiegało w zupełnie innej atmosferze.
Łatwo wtedy pomyśleć, że dziecko zaczyna oddalać się od rodziny.
Zwykle dzieje się jednak coś zupełnie innego. Jego świat po prostu staje się większy.
Szkoła nie jest wyłącznie miejscem nauki. To przestrzeń, w której każdego dnia trzeba odnaleźć się w grupie, poradzić sobie z różnicą zdań, poczekać na swoją kolej, zaakceptować przegraną albo zmierzyć się z poczuciem, że ktoś został wybrany do drużyny przed nami. Takich doświadczeń nie da się nauczyć z podręcznika. Można je zdobyć tylko w relacjach z innymi ludźmi.
Przyjaźń zaczyna znaczyć coś więcej
Małe dzieci najczęściej wybierają kolegów dlatego, że lubią robić to samo. Razem budują z klocków, bawią się w berka albo grają w piłkę. W wieku szkolnym relacje stopniowo się zmieniają.
Coraz większego znaczenia nabiera zaufanie. Dzieci zaczynają zwracać uwagę na to, komu mogą powiedzieć o swoich przeżyciach, kto dotrzymuje słowa i przy kim czują się swobodnie. To właśnie wtedy rodzą się pierwsze przyjaźnie, które nie opierają się wyłącznie na wspólnej zabawie, ale również na wzajemnym zrozumieniu.
Nie oznacza to, że od tej pory każda relacja będzie trwała latami. W tym wieku przyjaźnie nadal się zmieniają, a konflikty są czymś zupełnie naturalnym. Ważne jest jednak to, że dziecko zaczyna dostrzegać, iż bliskość buduje się nie tylko przez wspólne spędzanie czasu, ale także przez zaufanie i poczucie bezpieczeństwa.
Nie każdy konflikt jest problemem
Rodzice często pytają, czy powinni reagować za każdym razem, gdy dziecko pokłóci się z kolegą albo wróci ze szkoły z płaczem.
Konflikty są nieodłącznym elementem dzieciństwa. Kłótnie o zasady gry, obrażanie się na siebie czy chwilowe nieporozumienia to sytuacje, dzięki którym dzieci uczą się negocjować, przepraszać i szukać kompromisów. Gdyby dorośli rozwiązywali za nie każdy spór, odebraliby im możliwość zdobywania tych doświadczeń.
Są jednak sytuacje, w których obecność dorosłego staje się konieczna. Jeśli dziecko przez dłuższy czas jest wyśmiewane, izolowane od grupy albo doświadcza przemocy, nie warto czekać, aż „samo sobie poradzi”. W takich momentach potrzebuje wsparcia rodziców i szkoły.
Najtrudniejsze bywa odróżnienie zwykłego konfliktu od długotrwałego wykluczania. Nie zawsze jest to proste, dlatego zamiast skupiać się wyłącznie na samym zdarzeniu, warto obserwować, jak dziecko funkcjonuje na co dzień. Czy nadal chętnie chodzi do szkoły? Czy spotyka się z rówieśnikami? Czy jego zachowanie nagle się zmieniło? Czasami to właśnie takie drobne sygnały mówią najwięcej.
Odrzucenie naprawdę boli
Dorosłym łatwo powiedzieć:
„Nie przejmuj się, znajdziesz innych kolegów.”
Intencje są dobre. Chcemy dodać dziecku otuchy i pokazać, że jedna trudna sytuacja nie przekreśla przyszłości.
Problem w tym, że dla ośmio- czy dziesięciolatka przynależność do grupy jest jedną z najważniejszych potrzeb rozwojowych. Kiedy czuje się odrzucone, nie przeżywa jedynie tego, że nie zostało zaproszone na urodziny czy nie usiadło z kimś w ławce. Zaczyna zastanawiać się nad sobą.
„Może naprawdę coś jest ze mną nie tak?”
Takie myśli pojawiają się częściej, niż wielu dorosłym się wydaje.
Nie oznacza to, że każda trudna sytuacja pozostawi trwały ślad. Większość dzieci, mając wsparcie bliskich, dobrze radzi sobie z pojedynczymi niepowodzeniami. Warto jednak pamiętać, że długotrwałe odrzucenie przez grupę może wpływać nie tylko na samopoczucie, ale również na rozwój samooceny.
Coraz więcej emocji pozostaje niewidocznych
Im dziecko jest starsze, tym mniej oczywiste stają się jego emocje.
Kilkulatek najczęściej od razu pokaże, że jest zły albo smutny. Dziecko w wieku szkolnym coraz częściej próbuje zachować je dla siebie. Nie dlatego, że przestaje potrzebować wsparcia, ale dlatego, że uczy się chronić swoją prywatność i coraz mocniej przeżywa to, jak jest odbierane przez innych.
Rodzice nieraz mówią:
„Kiedy był młodszy, wszystko mi opowiadał.”
To doświadczenie jest bardzo powszechne.
Warto jednak pamiętać, że brak spontanicznych opowieści nie musi oznaczać utraty zaufania. Często jest po prostu oznaką rozwijającej się samodzielności. Nadal potrzebny jest uważny dorosły, ale taki, który potrafi zaczekać, zamiast wypytywać o każdy szczegół dnia.
Czasem najważniejsze rozmowy nie zaczynają się od pytania:
„Jak było w szkole?”
Zaczynają się dopiero wieczorem, podczas wspólnego spaceru, jazdy samochodem albo w chwili, kiedy dziecko ma poczucie, że nie musi odpowiadać natychmiast.
Samodzielność rodzi się powoli
W tym wieku dzieci coraz częściej chcą same podejmować decyzje. Wybierają ubrania, organizują czas wolny, próbują rozwiązywać konflikty bez pomocy dorosłych. To naturalny kierunek rozwoju.
Czasem jednak oczekujemy od nich więcej, niż są w stanie udźwignąć.
Łatwo pomylić samodzielność z pozostawieniem dziecka samemu sobie. Tymczasem rozwój najlepiej przebiega wtedy, gdy dorosły stopniowo wycofuje swoją pomoc, dostosowując ją do możliwości dziecka. Nie wyręcza, ale też nie znika.
To trochę jak nauka jazdy na rowerze. W pewnym momencie trzeba puścić siodełko, ale wcześniej warto mieć pewność, że dziecko zdążyło nauczyć się utrzymywać równowagę.
To właśnie taka obecność – spokojna, przewidywalna i nienarzucająca się – daje dziecku poczucie bezpieczeństwa potrzebne do stawiania kolejnych kroków.
Kiedy rozwój przebiega inną drogą
Do tej pory pisałem o zmianach, które pojawiają się u większości dzieci. Nie oznacza to jednak, że każde dziecko przejdzie przez ten etap w taki sam sposób.
W gabinecie często spotykam rodziców, którzy mówią:
– „On jest taki mądry, a jednocześnie nie radzi sobie z rzeczami, które dla innych dzieci wydają się proste.”
Albo:
– „Rozmawia jak dorosły, ale nie potrafi odnaleźć się w grupie.”
Takie sytuacje nie są niczym niezwykłym. Rozwój nie zawsze przebiega równomiernie. U części dzieci różnice między poszczególnymi obszarami są po prostu bardziej widoczne. Dotyczy to między innymi dzieci w spektrum autyzmu oraz dzieci z ADHD.
Choć oba rozpoznania bardzo się od siebie różnią, mają jedną wspólną cechę. Zachowania, które z zewnątrz bywają odbierane jako niegrzeczność, upór czy brak motywacji, często wynikają z odmiennego sposobu pracy rozwijającego się układu nerwowego.
Autyzm to nie brak potrzeby kontaktu
Jednym z najbardziej utrwalonych mitów jest przekonanie, że osoby autystyczne nie potrzebują relacji.
Moje doświadczenie pokazuje coś zupełnie innego.
Większość dzieci, które trafiają do gabinetu, bardzo chce mieć kolegów. Chce być zapraszana na urodziny, należeć do grupy i czuć, że jest akceptowana. Problem nie polega na braku potrzeby bliskości. Znacznie częściej dotyczy sposobu poruszania się w świecie społecznym.
Dla wielu dzieci zasady rządzące relacjami są czymś intuicyjnym. Wiedzą, kiedy ktoś żartuje, wyczuwają zmianę tonu głosu, zauważają, że kolega jest obrażony, choć nic nie powiedział.
Dziecko autystyczne często musi świadomie analizować to, co dla innych dzieje się niemal automatycznie.
Lubię porównywać to do podróży po kraju, którego język znamy całkiem dobrze. Rozumiemy większość rozmów, ale od czasu do czasu gubimy ukryte znaczenia, ironię albo żarty, które dla mieszkańców są oczywiste. Z czasem można nauczyć się ich coraz więcej, jednak wymaga to znacznie większego wysiłku.
Podobnie bywa z codziennymi sytuacjami społecznymi.
To, czego nie widać
Rodzice często słyszą od nauczycieli:
– „W szkole wszystko jest w porządku.”
A kilka godzin później odbierają dziecko, które po powrocie do domu wybucha złością albo zamyka się w swoim pokoju.
Na pierwszy rzut oka wydaje się to niezrozumiałe.
Dopiero gdy spojrzymy na cały dzień oczami dziecka, łatwiej zrozumieć, skąd bierze się takie zmęczenie. Przez kilka godzin starało się nadążyć za tempem rozmów, hałasem, zmianami planów i oczekiwaniami otoczenia. To, co dla innych było zwyczajnym dniem w szkole, dla niego mogło oznaczać nieustanne dostosowywanie się do sytuacji.
Nic więc dziwnego, że największe emocje pojawiają się właśnie tam, gdzie wreszcie można przestać się kontrolować.
Paradoksalnie taki wybuch po powrocie do domu bywa oznaką tego, że dziecko czuje się przy rodzicach bezpiecznie.
Gdy emocje przejmują kontrolę
Każde dziecko czasem się złości.
Różnica polega na tym, że u części dzieci w spektrum próg przeciążenia jest znacznie niższy. Kilka drobnych wydarzeń, które dla innych pozostałyby niezauważone, może stopniowo doprowadzić do sytuacji, w której układ nerwowy nie jest już w stanie poradzić sobie z kolejnymi bodźcami.
Z zewnątrz wygląda to jak nagły wybuch.
Najczęściej poprzedza go wiele drobnych sygnałów, które łatwo przeoczyć.
To właśnie dlatego zamiast pytać:
„Dlaczego znowu wybuchł?”
częściej warto zastanowić się:
„Co wydarzyło się wcześniej?”
Czasem odpowiedź znajdziemy nie w ostatnich pięciu minutach, ale w całym dniu.
ADHD to coś więcej niż trudność z koncentracją
Podobnie jest z ADHD.
Większość osób kojarzy je z nadmiarem energii albo problemami z utrzymaniem uwagi. Tymczasem rodzice najczęściej zgłaszają coś zupełnie innego.
Mówią o dziecku, które szczerze obiecuje, że tym razem spakuje plecak, po czym następnego dnia znowu zostawia zeszyt w domu.
O dziecku, które doskonale zna zasady, ale w odpowiednim momencie nie potrafi z nich skorzystać.
Albo o takim, które godzinami buduje skomplikowane konstrukcje z klocków, a pięć minut porządkowania biurka urasta do rangi niewykonalnego zadania.
Na pierwszy rzut oka trudno to zrozumieć.
Dopiero kiedy spojrzymy na ADHD jak na trudność w regulowaniu uwagi, emocji i organizacji działania, wiele z tych zachowań zaczyna układać się w spójną całość.
Samo przypominanie albo zawstydzanie rzadko prowadzi do trwałej zmiany. Znacznie więcej daje wspólne szukanie sposobów, dzięki którym dziecko poradzi sobie z tym, co dziś jest dla niego trudne.
Nie szukaj idealnego sposobu wychowania. Spróbuj najpierw zrozumieć swoje dziecko
Po wielu latach pracy z dziećmi i ich rodzicami coraz częściej dochodzę do jednego wniosku. Za większością zachowań, które dorośli określają jako trudne, nie stoi zła wola. Znacznie częściej stoją przeciążenie, niezaspokojone potrzeby albo umiejętności, które dopiero się rozwijają.
To pozornie niewielka różnica, ale właśnie od niej często zależy, jak zareagujemy. Czy skupimy się wyłącznie na zachowaniu, czy spróbujemy zrozumieć, co do niego doprowadziło.
Zachowanie jest tylko wierzchołkiem góry lodowej
Kiedy dziecko trzaska drzwiami, odmawia pójścia do szkoły, wdaje się w kolejną kłótnię z rodzeństwem albo po raz kolejny zapomina o pracy domowej, najłatwiej zatrzymać się na tym, co widać.
To naturalna reakcja. Zachowanie jest przecież tym, z czym mierzymy się na co dzień.
Dopiero po chwili warto zadać sobie kolejne pytanie: co mogło do niego doprowadzić?
Być może dziecko jest zmęczone po całym dniu w szkole. Może od rana próbuje poradzić sobie z napięciem, którego nikt nie zauważył. Zdarza się też, że nie rozumie sytuacji, czuje się zawstydzone albo zwyczajnie zabrakło mu sił, by zmierzyć się z kolejnym wyzwaniem.
Im młodsze dziecko, tym rzadziej potrafi powiedzieć:
„Jest mi za trudno.”
Znacznie częściej pokaże to swoim zachowaniem.
Nie oznacza to, że każde trudne zachowanie należy zaakceptować. Oznacza jedynie, że łatwiej pomóc dziecku wtedy, gdy rozumiemy jego przyczynę.
Nie wszystko da się wychować
Rodzice często pytają mnie o konsekwencje.
Jakie zastosować?
Jak długo powinny trwać?
Czy będą skuteczne?
Nie ma jednej odpowiedzi.
Konsekwencje mogą być ważnym elementem wychowania, ale tylko wtedy, gdy dziecko ma już umiejętności potrzebne do zmiany swojego zachowania. Jeżeli rozumie sytuację, potrafi zapanować nad reakcją i świadomie przekracza ustalone zasady, pomagają uczyć odpowiedzialności.
Inaczej wygląda to wtedy, gdy problem wynika z niedojrzałości, trudności w regulowaniu emocji, przeciążenia albo sposobu funkcjonowania układu nerwowego.
W takich sytuacjach sama kara rzadko uczy tego, czego najbardziej oczekujemy.
Znacznie częściej sprawia, że dziecko zaczyna bać się konsekwencji, ale nadal nie wie, jak następnym razem poradzić sobie lepiej.
Dlatego zamiast zastanawiać się wyłącznie:
„Jak sprawić, żeby przestało tak robić?”
warto czasem pomyśleć:
„Czego jeszcze nie potrafi?”
To pytanie nie zwalnia z wyznaczania granic. Pomaga jednak znaleźć sposób, który rzeczywiście wspiera rozwój.
Każde dziecko potrzebuje czegoś trochę innego
Przez ostatnie lata pojawiło się wiele metod wychowawczych. Każda z nich obiecuje większy spokój, lepszą współpracę albo skuteczniejsze rozwiązywanie problemów.
Rodzice często pytają, która z nich jest najlepsza.
Mam wrażenie, że to nie jest najważniejsze pytanie.
Znacznie ważniejsze brzmi:
Kim jest moje dziecko i czego potrzebuje właśnie teraz?
Jednym dzieciom bardziej służy zachęta do samodzielności, inne przede wszystkim potrzebują poczucia bezpieczeństwa, a kolejne jasnych zasad i przewidywalności.
Nie dlatego, że zostały inaczej wychowane, ale dlatego, że różnią się temperamentem, doświadczeniami i sposobem funkcjonowania.
Dlatego trudno stworzyć jedną metodę, która sprawdzi się w każdej rodzinie.
Rozwój nie przypomina wyścigu
Rodzice bardzo często porównują swoje dzieci z innymi.
To zrozumiałe.
Każdy chce wiedzieć, czy jego dziecko rozwija się prawidłowo.
Problem zaczyna się wtedy, gdy punktem odniesienia stają się wyłącznie rówieśnicy.
Rozwój nie przebiega według jednego scenariusza.
Jedno dziecko szybciej nauczy się organizacji. Drugie łatwiej odnajdzie się w grupie. Trzecie będzie potrzebowało więcej czasu, żeby poradzić sobie z silnymi emocjami.
Nie oznacza to, że któreś rozwija się gorzej.
Oznacza jedynie, że każde dojrzewa we własnym tempie.
Dlatego znacznie bardziej pomaga pytanie:
Czy moje dziecko radzi sobie dziś lepiej niż kilka miesięcy temu?
To właśnie taki sposób patrzenia pozwala dostrzec postęp, którego często nie widać w codziennym pośpiechu.
Na zakończenie
Kiedy kończę spotkania z rodzicami, czasem słyszę pytanie:
„Czy wszystko będzie dobrze?”
Nie znam odpowiedzi.
I chyba dobrze, że nikt nie potrafi jej udzielić z całkowitą pewnością.
Rozwój dziecka nie daje się przewidzieć z taką dokładnością.
Jest natomiast coś, czego z biegiem lat jestem coraz bardziej pewien.
Dzieci nie zapamiętują przede wszystkim naszych rad. Znacznie lepiej pamiętają to, czy czuły się przy nas bezpieczne. Czy mogły popełniać błędy, nie obawiając się odrzucenia. Czy miały pewność, że nawet wtedy, gdy ich zachowanie było trudne, ktoś spróbuje zrozumieć, co naprawdę się za nim kryje.
To nie oznacza wychowania bez granic ani zgody na wszystko.
Oznacza budowanie relacji, w której wymagania idą w parze z ciekawością, a odpowiedzialność z życzliwością.
Patrząc z perspektywy lat, coraz bardziej przekonuję się, że właśnie takie doświadczenia zostają z dzieckiem najdłużej. Nie idealne oceny, nie perfekcyjnie wykonane obowiązki i nie pojedyncze sukcesy.
To codzienne poczucie, że jest ktoś, kto wierzy w jego możliwości, nawet wtedy, gdy ono samo zaczyna w nie wątpić.