Dziecko w wieku szkolnym. Co naprawdę zmienia się między 6. a 12. rokiem życia?

Jest taki moment w życiu rodzi­ca, kie­dy małe dziec­ko nagle prze­sta­je być takie małe. Samo­dziel­nie się ubie­ra, coraz spraw­niej czy­ta, ma wła­sne zda­nie i coraz czę­ściej mówi: „Ja sam”. Wie­le osób wła­śnie wte­dy odczu­wa ulgę. Naj­trud­niej­szy etap wyda­je się już za nimi.

Tym­cza­sem z per­spek­ty­wy psy­cho­lo­ga to dopie­ro począ­tek bar­dzo waż­ne­go okresu.

Mię­dzy szó­stym a dwu­na­stym rokiem życia nie zacho­dzą już tak spek­ta­ku­lar­ne zmia­ny jak w pierw­szych latach życia. Nie poja­wia­ją się pierw­sze kro­ki ani pierw­sze sło­wa. Roz­wi­ja się coś znacz­nie mniej widocz­ne­go, ale mają­ce­go ogrom­ny wpływ na przy­szłość – spo­sób myśle­nia, rozu­mie­nia sie­bie, budo­wa­nia rela­cji i radze­nia sobie z emocjami.

To wła­śnie wte­dy dziec­ko stop­nio­wo odkry­wa, że świat nie jest tak pro­sty, jak wyda­wa­ło się kil­ka lat wcześniej.

Świat przestaje być czarno-biały

Sześcio- czy sied­mio­la­tek nadal czę­sto myśli w pro­stych kate­go­riach. Ktoś jest dobry albo zły. Zacho­wa­nie jest spra­wie­dli­we albo nie­spra­wie­dli­we. Z cza­sem zaczy­na jed­nak zauwa­żać, że ta sama sytu­acja może wyglą­dać ina­czej z punk­tu widze­nia dru­giej osoby.

To zmia­na, któ­ra doko­nu­je się powo­li i zwy­kle pozo­sta­je nie­zau­wa­żo­na przez dorosłych.

Nagle poja­wia­ją się pytania:

Może on nie chciał mnie obrazić?”

Może pani była zde­ner­wo­wa­na czymś innym?”

To wła­śnie w takich chwi­lach roz­wi­ja się umie­jęt­ność patrze­nia na świat ocza­mi dru­gie­go czło­wie­ka. Dzię­ki niej łatwiej poro­zu­mie­wać się z inny­mi, roz­wią­zy­wać kon­flik­ty i budo­wać przyjaźnie.

Nie ozna­cza to oczy­wi­ście, że od tej pory każ­de dziec­ko sta­nie się empa­tycz­ne i wyro­zu­mia­łe. Nadal będzie się kłó­cić z rodzeń­stwem, obra­żać na kole­gów czy nie­spra­wie­dli­wie oce­niać innych. Coraz czę­ściej będzie jed­nak potra­fi­ło zatrzy­mać się na chwi­lę i pomy­śleć, że ist­nie­je wię­cej niż jed­no wyja­śnie­nie danej sytuacji.

Emocje stają się bardziej skomplikowane

W gabi­ne­cie rodzi­ce nie­raz mówią:

„Nie rozu­miem. Prze­cież jesz­cze przed chwi­lą była szczę­śli­wa, a teraz płacze.”

Takie sytu­acje są w wie­ku szkol­nym bar­dzo częste.

Dziec­ko odkry­wa, że moż­na prze­ży­wać kil­ka emo­cji jed­no­cze­śnie. Cie­szyć się z wyjaz­du i jed­no­cze­śnie tęsk­nić za domem. Być dum­nym z dobrej oce­ny, ale mar­twić się kolej­nym spraw­dzia­nem. Kochać młod­sze­go bra­ta, a jed­no­cze­śnie zło­ścić się, że zno­wu zabrał ulu­bio­ną grę.

To nie ozna­cza, że emo­cji jest wię­cej niż wcze­śniej. Zmie­nia się spo­sób ich rozumienia.

Coraz czę­ściej dziec­ko dostrze­ga, że uczu­cia nie poja­wia­ją się wyłącz­nie pod wpły­wem wyda­rzeń. Zna­cze­nie mają rów­nież wcze­śniej­sze doświad­cze­nia, ocze­ki­wa­nia i spo­sób inter­pre­to­wa­nia sytuacji.

To ogrom­ny krok w roz­wo­ju emocjonalnym.

Samokontrola nie pojawia się nagle

Dla wie­lu rodzi­ców zasko­cze­niem jest to, że star­sze dziec­ko nie zawsze reagu­je spo­koj­niej niż młodsze.

Zda­rza się, że sied­mio­la­tek rzu­ci pion­ka­mi po prze­gra­nej, a dzie­się­cio­la­tek trza­śnie drzwia­mi i zamknie się w swo­im pokoju.

Obie reak­cje wyni­ka­ją z sil­nych emocji.

Róż­ni­ca pole­ga na tym, że wraz z wie­kiem coraz wię­cej dzie­je się wewnątrz. Z cza­sem coraz czę­ściej potra­fi zatrzy­mać się mię­dzy emo­cją a dzia­ła­niem, choć w wie­lu sytu­acjach nadal reagu­je impul­syw­nie. Umie­jęt­ność regu­lo­wa­nia emo­cji roz­wi­ja się przez wie­le lat i doj­rze­wa jesz­cze dłu­go po zakoń­cze­niu szko­ły podstawowej.

Dla­te­go war­to pamię­tać, że brak samo­kon­tro­li nie zawsze ozna­cza brak wycho­wa­nia. Czę­sto ozna­cza po pro­stu, że roz­wi­ja­ją­cy się mózg nie jest jesz­cze goto­wy, by pora­dzić sobie z napię­ciem tak spraw­nie jak mózg dorosłego.

Rodzice przestają być jedynym światem

Jed­ną z naj­więk­szych zmian przy­no­si szkoła.

Nie dla­te­go, że poja­wia­ją się lek­cje czy pra­ce domowe.

Znacz­nie waż­niej­sze jest to, że dziec­ko zaczy­na funk­cjo­no­wać w gru­pie rówie­śni­czej przez kil­ka godzin każ­de­go dnia.

To tam spraw­dza, czy jest lubia­ne. Uczy się współ­pra­cy, nego­cjo­wa­nia, roz­wią­zy­wa­nia spo­rów i odnaj­dy­wa­nia swo­je­go miejsca.

Rodzi­ce czę­sto odbie­ra­ją ten moment jako odsu­wa­nie się dziec­ka od rodziny.

Zmie­nia się przede wszyst­kim spo­sób, w jaki dziec­ko korzy­sta z rela­cji z doro­sły­mi. Nadal potrze­bu­je ich rów­nie moc­no, ale już nie po to, by pro­wa­dzi­li je za rękę. Znacz­nie bar­dziej potrze­bu­je świa­do­mo­ści, że są obok i że w trud­nej chwi­li może do nich wrócić.

Bez­piecz­na rela­cja z rodzi­cem nie prze­sta­je być waż­na. Wręcz prze­ciw­nie. To ona daje odwa­gę do pró­bo­wa­nia nowych rze­czy poza domem.

Pewności siebie nie da się wmówić

Rodzi­ce czę­sto pyta­ją, jak wycho­wać dziec­ko, któ­re będzie wie­rzy­ło w siebie.

Nie ma jed­nej odpo­wie­dzi na to pytanie.

Wiem nato­miast, że poczu­cie wła­snej war­to­ści rzad­ko rodzi się z samych pochwał.

Moż­na codzien­nie powta­rzać dziec­ku, że jest wyjąt­ko­we. Jeśli jed­nak na co dzień doświad­cza głów­nie kry­ty­ki albo cią­gle sły­szy, że robi coś gorzej od innych, z cza­sem bar­dziej uwie­rzy wła­snym doświad­cze­niom niż naszym zapewnieniom.

Znacz­nie więk­sze zna­cze­nie ma to, czy ma oka­zję pró­bo­wać, popeł­niać błę­dy i stop­nio­wo odkry­wać, że dzię­ki wła­sne­mu wysił­ko­wi potra­fi nauczyć się nowych rzeczy.

Dla­te­go zamiast mówić:

Jesteś bar­dzo zdolny.”

czę­ściej war­to powiedzieć:

Widzę, ile pra­cy wło­ży­łeś w to zadanie.”

To nie­wiel­ka zmia­na, ale uczy dziec­ko, że roz­wój nie zale­ży wyłącz­nie od talentu.

Każde dziecko rozwija się własnym tempem

To zda­nie brzmi jak banał, ale w gabi­ne­cie wra­ca nie­mal każ­de­go dnia.

Rodzi­ce porów­nu­ją swo­je dzie­ci z rówie­śni­ka­mi, rodzeń­stwem czy dzieć­mi zna­jo­mych. To natu­ral­ne. Pro­blem poja­wia się wte­dy, gdy takie porów­na­nia sta­ją się głów­nym spo­so­bem oce­nia­nia rozwoju.

Jed­no wcze­śniej nauczy się orga­ni­za­cji. Inne szyb­ciej odnaj­dzie się w gru­pie rówie­śni­czej. Jesz­cze inne będzie godzi­na­mi opo­wia­da­ło o pla­ne­tach albo dino­zau­rach, a jed­no­cze­śnie codzien­nie zapo­mni spa­ko­wać zeszytu.

Roz­wój rzad­ko prze­bie­ga równomiernie.

U dzie­ci neu­ro­róż­no­rod­nych te róż­ni­ce bywa­ją jesz­cze bar­dziej widocz­ne. I wła­śnie o nich war­to poroz­ma­wiać osobno.

Dlaczego rówieśnicy stają się tak ważni?

Dla wie­lu rodzi­ców jest to jeden z bar­dziej zaska­ku­ją­cych momen­tów. Jesz­cze nie­daw­no naj­waż­niej­szą oso­bą na świe­cie była mama albo tata. Nagle oka­zu­je się, że humor dziec­ka zale­ży od tego, co wyda­rzy­ło się w szko­le. Wystar­czy jed­no nie­przy­jem­ne sło­wo usły­sza­ne od kole­gi, żeby popo­łu­dnie prze­bie­ga­ło w zupeł­nie innej atmosferze.

Łatwo wte­dy pomy­śleć, że dziec­ko zaczy­na odda­lać się od rodziny.

Zwy­kle dzie­je się jed­nak coś zupeł­nie inne­go. Jego świat po pro­stu sta­je się większy.

Szko­ła nie jest wyłącz­nie miej­scem nauki. To prze­strzeń, w któ­rej każ­de­go dnia trze­ba odna­leźć się w gru­pie, pora­dzić sobie z róż­ni­cą zdań, pocze­kać na swo­ją kolej, zaak­cep­to­wać prze­gra­ną albo zmie­rzyć się z poczu­ciem, że ktoś został wybra­ny do dru­ży­ny przed nami. Takich doświad­czeń nie da się nauczyć z pod­ręcz­ni­ka. Moż­na je zdo­być tyl­ko w rela­cjach z inny­mi ludźmi.

Przyjaźń zaczyna znaczyć coś więcej

Małe dzie­ci naj­czę­ściej wybie­ra­ją kole­gów dla­te­go, że lubią robić to samo. Razem budu­ją z kloc­ków, bawią się w ber­ka albo gra­ją w pił­kę. W wie­ku szkol­nym rela­cje stop­nio­wo się zmieniają.

Coraz więk­sze­go zna­cze­nia nabie­ra zaufa­nie. Dzie­ci zaczy­na­ją zwra­cać uwa­gę na to, komu mogą powie­dzieć o swo­ich prze­ży­ciach, kto dotrzy­mu­je sło­wa i przy kim czu­ją się swo­bod­nie. To wła­śnie wte­dy rodzą się pierw­sze przy­jaź­nie, któ­re nie opie­ra­ją się wyłącz­nie na wspól­nej zaba­wie, ale rów­nież na wza­jem­nym zrozumieniu.

Nie ozna­cza to, że od tej pory każ­da rela­cja będzie trwa­ła lata­mi. W tym wie­ku przy­jaź­nie nadal się zmie­nia­ją, a kon­flik­ty są czymś zupeł­nie natu­ral­nym. Waż­ne jest jed­nak to, że dziec­ko zaczy­na dostrze­gać, iż bli­skość budu­je się nie tyl­ko przez wspól­ne spę­dza­nie cza­su, ale tak­że przez zaufa­nie i poczu­cie bezpieczeństwa.

Nie każdy konflikt jest problemem

Rodzi­ce czę­sto pyta­ją, czy powin­ni reago­wać za każ­dym razem, gdy dziec­ko pokłó­ci się z kole­gą albo wró­ci ze szko­ły z płaczem.

Kon­flik­ty są nie­od­łącz­nym ele­men­tem dzie­ciń­stwa. Kłót­nie o zasa­dy gry, obra­ża­nie się na sie­bie czy chwi­lo­we nie­po­ro­zu­mie­nia to sytu­acje, dzię­ki któ­rym dzie­ci uczą się nego­cjo­wać, prze­pra­szać i szu­kać kom­pro­mi­sów. Gdy­by doro­śli roz­wią­zy­wa­li za nie każ­dy spór, ode­bra­li­by im moż­li­wość zdo­by­wa­nia tych doświadczeń.

Są jed­nak sytu­acje, w któ­rych obec­ność doro­słe­go sta­je się koniecz­na. Jeśli dziec­ko przez dłuż­szy czas jest wyśmie­wa­ne, izo­lo­wa­ne od gru­py albo doświad­cza prze­mo­cy, nie war­to cze­kać, aż „samo sobie pora­dzi”. W takich momen­tach potrze­bu­je wspar­cia rodzi­ców i szkoły.

Naj­trud­niej­sze bywa odróż­nie­nie zwy­kłe­go kon­flik­tu od dłu­go­trwa­łe­go wyklu­cza­nia. Nie zawsze jest to pro­ste, dla­te­go zamiast sku­piać się wyłącz­nie na samym zda­rze­niu, war­to obser­wo­wać, jak dziec­ko funk­cjo­nu­je na co dzień. Czy nadal chęt­nie cho­dzi do szko­ły? Czy spo­ty­ka się z rówie­śni­ka­mi? Czy jego zacho­wa­nie nagle się zmie­ni­ło? Cza­sa­mi to wła­śnie takie drob­ne sygna­ły mówią najwięcej.

Odrzucenie naprawdę boli

Doro­słym łatwo powiedzieć:

Nie przej­muj się, znaj­dziesz innych kolegów.”

Inten­cje są dobre. Chce­my dodać dziec­ku otu­chy i poka­zać, że jed­na trud­na sytu­acja nie prze­kre­śla przyszłości.

Pro­blem w tym, że dla ośmio- czy dzie­się­cio­lat­ka przy­na­leż­ność do gru­py jest jed­ną z naj­waż­niej­szych potrzeb roz­wo­jo­wych. Kie­dy czu­je się odrzu­co­ne, nie prze­ży­wa jedy­nie tego, że nie zosta­ło zapro­szo­ne na uro­dzi­ny czy nie usia­dło z kimś w ław­ce. Zaczy­na zasta­na­wiać się nad sobą.

Może napraw­dę coś jest ze mną nie tak?”

Takie myśli poja­wia­ją się czę­ściej, niż wie­lu doro­słym się wydaje.

Nie ozna­cza to, że każ­da trud­na sytu­acja pozo­sta­wi trwa­ły ślad. Więk­szość dzie­ci, mając wspar­cie bli­skich, dobrze radzi sobie z poje­dyn­czy­mi nie­po­wo­dze­nia­mi. War­to jed­nak pamię­tać, że dłu­go­trwa­łe odrzu­ce­nie przez gru­pę może wpły­wać nie tyl­ko na samo­po­czu­cie, ale rów­nież na roz­wój samooceny.

Coraz więcej emocji pozostaje niewidocznych

Im dziec­ko jest star­sze, tym mniej oczy­wi­ste sta­ją się jego emocje.

Kil­ku­la­tek naj­czę­ściej od razu poka­że, że jest zły albo smut­ny. Dziec­ko w wie­ku szkol­nym coraz czę­ściej pró­bu­je zacho­wać je dla sie­bie. Nie dla­te­go, że prze­sta­je potrze­bo­wać wspar­cia, ale dla­te­go, że uczy się chro­nić swo­ją pry­wat­ność i coraz moc­niej prze­ży­wa to, jak jest odbie­ra­ne przez innych.

Rodzi­ce nie­raz mówią:

Kie­dy był młod­szy, wszyst­ko mi opowiadał.”

To doświad­cze­nie jest bar­dzo powszechne.

War­to jed­nak pamię­tać, że brak spon­ta­nicz­nych opo­wie­ści nie musi ozna­czać utra­ty zaufa­nia. Czę­sto jest po pro­stu ozna­ką roz­wi­ja­ją­cej się samo­dziel­no­ści. Nadal potrzeb­ny jest uważ­ny doro­sły, ale taki, któ­ry potra­fi zacze­kać, zamiast wypy­ty­wać o każ­dy szcze­gół dnia.

Cza­sem naj­waż­niej­sze roz­mo­wy nie zaczy­na­ją się od pytania:

Jak było w szkole?”

Zaczy­na­ją się dopie­ro wie­czo­rem, pod­czas wspól­ne­go spa­ce­ru, jaz­dy samo­cho­dem albo w chwi­li, kie­dy dziec­ko ma poczu­cie, że nie musi odpo­wia­dać natychmiast.

Samodzielność rodzi się powoli

W tym wie­ku dzie­ci coraz czę­ściej chcą same podej­mo­wać decy­zje. Wybie­ra­ją ubra­nia, orga­ni­zu­ją czas wol­ny, pró­bu­ją roz­wią­zy­wać kon­flik­ty bez pomo­cy doro­słych. To natu­ral­ny kie­ru­nek rozwoju.

Cza­sem jed­nak ocze­ku­je­my od nich wię­cej, niż są w sta­nie udźwignąć.

Łatwo pomy­lić samo­dziel­ność z pozo­sta­wie­niem dziec­ka same­mu sobie. Tym­cza­sem roz­wój naj­le­piej prze­bie­ga wte­dy, gdy doro­sły stop­nio­wo wyco­fu­je swo­ją pomoc, dosto­so­wu­jąc ją do moż­li­wo­ści dziec­ka. Nie wyrę­cza, ale też nie znika.

To tro­chę jak nauka jaz­dy na rowe­rze. W pew­nym momen­cie trze­ba puścić sio­deł­ko, ale wcze­śniej war­to mieć pew­ność, że dziec­ko zdą­ży­ło nauczyć się utrzy­my­wać równowagę.

To wła­śnie taka obec­ność – spo­koj­na, prze­wi­dy­wal­na i nie­na­rzu­ca­ją­ca się – daje dziec­ku poczu­cie bez­pie­czeń­stwa potrzeb­ne do sta­wia­nia kolej­nych kroków.

Kiedy rozwój przebiega inną drogą

Do tej pory pisa­łem o zmia­nach, któ­re poja­wia­ją się u więk­szo­ści dzie­ci. Nie ozna­cza to jed­nak, że każ­de dziec­ko przej­dzie przez ten etap w taki sam sposób.

W gabi­ne­cie czę­sto spo­ty­kam rodzi­ców, któ­rzy mówią:

„On jest taki mądry, a jed­no­cze­śnie nie radzi sobie z rze­cza­mi, któ­re dla innych dzie­ci wyda­ją się proste.”

Albo:

„Roz­ma­wia jak doro­sły, ale nie potra­fi odna­leźć się w grupie.”

Takie sytu­acje nie są niczym nie­zwy­kłym. Roz­wój nie zawsze prze­bie­ga rów­no­mier­nie. U czę­ści dzie­ci róż­ni­ce mię­dzy poszcze­gól­ny­mi obsza­ra­mi są po pro­stu bar­dziej widocz­ne. Doty­czy to mię­dzy inny­mi dzie­ci w spek­trum auty­zmu oraz dzie­ci z ADHD.

Choć oba roz­po­zna­nia bar­dzo się od sie­bie róż­nią, mają jed­ną wspól­ną cechę. Zacho­wa­nia, któ­re z zewnątrz bywa­ją odbie­ra­ne jako nie­grzecz­ność, upór czy brak moty­wa­cji, czę­sto wyni­ka­ją z odmien­ne­go spo­so­bu pra­cy roz­wi­ja­ją­ce­go się ukła­du nerwowego.

Autyzm to nie brak potrzeby kontaktu

Jed­nym z naj­bar­dziej utrwa­lo­nych mitów jest prze­ko­na­nie, że oso­by auty­stycz­ne nie potrze­bu­ją relacji.

Moje doświad­cze­nie poka­zu­je coś zupeł­nie innego.

Więk­szość dzie­ci, któ­re tra­fia­ją do gabi­ne­tu, bar­dzo chce mieć kole­gów. Chce być zapra­sza­na na uro­dzi­ny, nale­żeć do gru­py i czuć, że jest akcep­to­wa­na. Pro­blem nie pole­ga na bra­ku potrze­by bli­sko­ści. Znacz­nie czę­ściej doty­czy spo­so­bu poru­sza­nia się w świe­cie społecznym.

Dla wie­lu dzie­ci zasa­dy rzą­dzą­ce rela­cja­mi są czymś intu­icyj­nym. Wie­dzą, kie­dy ktoś żar­tu­je, wyczu­wa­ją zmia­nę tonu gło­su, zauwa­ża­ją, że kole­ga jest obra­żo­ny, choć nic nie powiedział.

Dziec­ko auty­stycz­ne czę­sto musi świa­do­mie ana­li­zo­wać to, co dla innych dzie­je się nie­mal automatycznie.

Lubię porów­ny­wać to do podró­ży po kra­ju, któ­re­go język zna­my cał­kiem dobrze. Rozu­mie­my więk­szość roz­mów, ale od cza­su do cza­su gubi­my ukry­te zna­cze­nia, iro­nię albo żar­ty, któ­re dla miesz­kań­ców są oczy­wi­ste. Z cza­sem moż­na nauczyć się ich coraz wię­cej, jed­nak wyma­ga to znacz­nie więk­sze­go wysiłku.

Podob­nie bywa z codzien­ny­mi sytu­acja­mi społecznymi.

To, czego nie widać

Rodzi­ce czę­sto sły­szą od nauczycieli:

„W szko­le wszyst­ko jest w porządku.”

A kil­ka godzin póź­niej odbie­ra­ją dziec­ko, któ­re po powro­cie do domu wybu­cha zło­ścią albo zamy­ka się w swo­im pokoju.

Na pierw­szy rzut oka wyda­je się to niezrozumiałe.

Dopie­ro gdy spoj­rzy­my na cały dzień ocza­mi dziec­ka, łatwiej zro­zu­mieć, skąd bie­rze się takie zmę­cze­nie. Przez kil­ka godzin sta­ra­ło się nadą­żyć za tem­pem roz­mów, hała­sem, zmia­na­mi pla­nów i ocze­ki­wa­nia­mi oto­cze­nia. To, co dla innych było zwy­czaj­nym dniem w szko­le, dla nie­go mogło ozna­czać nie­ustan­ne dosto­so­wy­wa­nie się do sytuacji.

Nic więc dziw­ne­go, że naj­więk­sze emo­cje poja­wia­ją się wła­śnie tam, gdzie wresz­cie moż­na prze­stać się kontrolować.

Para­dok­sal­nie taki wybuch po powro­cie do domu bywa ozna­ką tego, że dziec­ko czu­je się przy rodzi­cach bezpiecznie.

Gdy emocje przejmują kontrolę

Każ­de dziec­ko cza­sem się złości.

Róż­ni­ca pole­ga na tym, że u czę­ści dzie­ci w spek­trum próg prze­cią­że­nia jest znacz­nie niż­szy. Kil­ka drob­nych wyda­rzeń, któ­re dla innych pozo­sta­ły­by nie­zau­wa­żo­ne, może stop­nio­wo dopro­wa­dzić do sytu­acji, w któ­rej układ ner­wo­wy nie jest już w sta­nie pora­dzić sobie z kolej­ny­mi bodźcami.

Z zewnątrz wyglą­da to jak nagły wybuch.

Naj­czę­ściej poprze­dza go wie­le drob­nych sygna­łów, któ­re łatwo przeoczyć.

To wła­śnie dla­te­go zamiast pytać:

Dla­cze­go zno­wu wybuchł?”

czę­ściej war­to zasta­no­wić się:

Co wyda­rzy­ło się wcześniej?”

Cza­sem odpo­wiedź znaj­dzie­my nie w ostat­nich pię­ciu minu­tach, ale w całym dniu.

ADHD to coś więcej niż trudność z koncentracją

Podob­nie jest z ADHD.

Więk­szość osób koja­rzy je z nad­mia­rem ener­gii albo pro­ble­ma­mi z utrzy­ma­niem uwa­gi. Tym­cza­sem rodzi­ce naj­czę­ściej zgła­sza­ją coś zupeł­nie innego.

Mówią o dziec­ku, któ­re szcze­rze obie­cu­je, że tym razem spa­ku­je ple­cak, po czym następ­ne­go dnia zno­wu zosta­wia zeszyt w domu.

O dziec­ku, któ­re dosko­na­le zna zasa­dy, ale w odpo­wied­nim momen­cie nie potra­fi z nich skorzystać.

Albo o takim, któ­re godzi­na­mi budu­je skom­pli­ko­wa­ne kon­struk­cje z kloc­ków, a pięć minut porząd­ko­wa­nia biur­ka ura­sta do ran­gi nie­wy­ko­nal­ne­go zadania.

Na pierw­szy rzut oka trud­no to zrozumieć.

Dopie­ro kie­dy spoj­rzy­my na ADHD jak na trud­ność w regu­lo­wa­niu uwa­gi, emo­cji i orga­ni­za­cji dzia­ła­nia, wie­le z tych zacho­wań zaczy­na ukła­dać się w spój­ną całość.

Samo przy­po­mi­na­nie albo zawsty­dza­nie rzad­ko pro­wa­dzi do trwa­łej zmia­ny. Znacz­nie wię­cej daje wspól­ne szu­ka­nie spo­so­bów, dzię­ki któ­rym dziec­ko pora­dzi sobie z tym, co dziś jest dla nie­go trudne.

Nie szukaj idealnego sposobu wychowania. Spróbuj najpierw zrozumieć swoje dziecko

Po wie­lu latach pra­cy z dzieć­mi i ich rodzi­ca­mi coraz czę­ściej docho­dzę do jed­ne­go wnio­sku. Za więk­szo­ścią zacho­wań, któ­re doro­śli okre­śla­ją jako trud­ne, nie stoi zła wola. Znacz­nie czę­ściej sto­ją prze­cią­że­nie, nie­za­spo­ko­jo­ne potrze­by albo umie­jęt­no­ści, któ­re dopie­ro się rozwijają.

To pozor­nie nie­wiel­ka róż­ni­ca, ale wła­śnie od niej czę­sto zale­ży, jak zare­agu­je­my. Czy sku­pi­my się wyłącz­nie na zacho­wa­niu, czy spró­bu­je­my zro­zu­mieć, co do nie­go doprowadziło.

Zachowanie jest tylko wierzchołkiem góry lodowej

Kie­dy dziec­ko trza­ska drzwia­mi, odma­wia pój­ścia do szko­ły, wda­je się w kolej­ną kłót­nię z rodzeń­stwem albo po raz kolej­ny zapo­mi­na o pra­cy domo­wej, naj­ła­twiej zatrzy­mać się na tym, co widać.

To natu­ral­na reak­cja. Zacho­wa­nie jest prze­cież tym, z czym mie­rzy­my się na co dzień.

Dopie­ro po chwi­li war­to zadać sobie kolej­ne pyta­nie: co mogło do nie­go doprowadzić?

Być może dziec­ko jest zmę­czo­ne po całym dniu w szko­le. Może od rana pró­bu­je pora­dzić sobie z napię­ciem, któ­re­go nikt nie zauwa­żył. Zda­rza się też, że nie rozu­mie sytu­acji, czu­je się zawsty­dzo­ne albo zwy­czaj­nie zabra­kło mu sił, by zmie­rzyć się z kolej­nym wyzwaniem.

Im młod­sze dziec­ko, tym rza­dziej potra­fi powiedzieć:

Jest mi za trudno.”

Znacz­nie czę­ściej poka­że to swo­im zachowaniem.

Nie ozna­cza to, że każ­de trud­ne zacho­wa­nie nale­ży zaak­cep­to­wać. Ozna­cza jedy­nie, że łatwiej pomóc dziec­ku wte­dy, gdy rozu­mie­my jego przyczynę.

Nie wszystko da się wychować

Rodzi­ce czę­sto pyta­ją mnie o konsekwencje.

Jakie zasto­so­wać?

Jak dłu­go powin­ny trwać?

Czy będą skuteczne?

Nie ma jed­nej odpowiedzi.

Kon­se­kwen­cje mogą być waż­nym ele­men­tem wycho­wa­nia, ale tyl­ko wte­dy, gdy dziec­ko ma już umie­jęt­no­ści potrzeb­ne do zmia­ny swo­je­go zacho­wa­nia. Jeże­li rozu­mie sytu­ację, potra­fi zapa­no­wać nad reak­cją i świa­do­mie prze­kra­cza usta­lo­ne zasa­dy, poma­ga­ją uczyć odpowiedzialności.

Ina­czej wyglą­da to wte­dy, gdy pro­blem wyni­ka z nie­doj­rza­ło­ści, trud­no­ści w regu­lo­wa­niu emo­cji, prze­cią­że­nia albo spo­so­bu funk­cjo­no­wa­nia ukła­du nerwowego.

W takich sytu­acjach sama kara rzad­ko uczy tego, cze­go naj­bar­dziej oczekujemy.

Znacz­nie czę­ściej spra­wia, że dziec­ko zaczy­na bać się kon­se­kwen­cji, ale nadal nie wie, jak następ­nym razem pora­dzić sobie lepiej.

Dla­te­go zamiast zasta­na­wiać się wyłącznie:

Jak spra­wić, żeby prze­sta­ło tak robić?”

war­to cza­sem pomyśleć:

Cze­go jesz­cze nie potrafi?”

To pyta­nie nie zwal­nia z wyzna­cza­nia gra­nic. Poma­ga jed­nak zna­leźć spo­sób, któ­ry rze­czy­wi­ście wspie­ra rozwój.

Każde dziecko potrzebuje czegoś trochę innego

Przez ostat­nie lata poja­wi­ło się wie­le metod wycho­waw­czych. Każ­da z nich obie­cu­je więk­szy spo­kój, lep­szą współ­pra­cę albo sku­tecz­niej­sze roz­wią­zy­wa­nie problemów.

Rodzi­ce czę­sto pyta­ją, któ­ra z nich jest najlepsza.

Mam wra­że­nie, że to nie jest naj­waż­niej­sze pytanie.

Znacz­nie waż­niej­sze brzmi:

Kim jest moje dziec­ko i cze­go potrze­bu­je wła­śnie teraz?

Jed­nym dzie­ciom bar­dziej słu­ży zachę­ta do samo­dziel­no­ści, inne przede wszyst­kim potrze­bu­ją poczu­cia bez­pie­czeń­stwa, a kolej­ne jasnych zasad i przewidywalności.

Nie dla­te­go, że zosta­ły ina­czej wycho­wa­ne, ale dla­te­go, że róż­nią się tem­pe­ra­men­tem, doświad­cze­nia­mi i spo­so­bem funkcjonowania.

Dla­te­go trud­no stwo­rzyć jed­ną meto­dę, któ­ra spraw­dzi się w każ­dej rodzinie.

Rozwój nie przypomina wyścigu

Rodzi­ce bar­dzo czę­sto porów­nu­ją swo­je dzie­ci z innymi.

To zro­zu­mia­łe.

Każ­dy chce wie­dzieć, czy jego dziec­ko roz­wi­ja się prawidłowo.

Pro­blem zaczy­na się wte­dy, gdy punk­tem odnie­sie­nia sta­ją się wyłącz­nie rówieśnicy.

Roz­wój nie prze­bie­ga według jed­ne­go scenariusza.

Jed­no dziec­ko szyb­ciej nauczy się orga­ni­za­cji. Dru­gie łatwiej odnaj­dzie się w gru­pie. Trze­cie będzie potrze­bo­wa­ło wię­cej cza­su, żeby pora­dzić sobie z sil­ny­mi emocjami.

Nie ozna­cza to, że któ­reś roz­wi­ja się gorzej.

Ozna­cza jedy­nie, że każ­de doj­rze­wa we wła­snym tempie.

Dla­te­go znacz­nie bar­dziej poma­ga pytanie:

Czy moje dziec­ko radzi sobie dziś lepiej niż kil­ka mie­się­cy temu?

To wła­śnie taki spo­sób patrze­nia pozwa­la dostrzec postęp, któ­re­go czę­sto nie widać w codzien­nym pośpiechu.

Na zakończenie

Kie­dy koń­czę spo­tka­nia z rodzi­ca­mi, cza­sem sły­szę pytanie:

Czy wszyst­ko będzie dobrze?”

Nie znam odpowiedzi.

I chy­ba dobrze, że nikt nie potra­fi jej udzie­lić z cał­ko­wi­tą pewnością.

Roz­wój dziec­ka nie daje się prze­wi­dzieć z taką dokładnością.

Jest nato­miast coś, cze­go z bie­giem lat jestem coraz bar­dziej pewien.

Dzie­ci nie zapa­mię­tu­ją przede wszyst­kim naszych rad. Znacz­nie lepiej pamię­ta­ją to, czy czu­ły się przy nas bez­piecz­ne. Czy mogły popeł­niać błę­dy, nie oba­wia­jąc się odrzu­ce­nia. Czy mia­ły pew­ność, że nawet wte­dy, gdy ich zacho­wa­nie było trud­ne, ktoś spró­bu­je zro­zu­mieć, co napraw­dę się za nim kryje.

To nie ozna­cza wycho­wa­nia bez gra­nic ani zgo­dy na wszystko.

Ozna­cza budo­wa­nie rela­cji, w któ­rej wyma­ga­nia idą w parze z cie­ka­wo­ścią, a odpo­wie­dzial­ność z życzliwością.

Patrząc z per­spek­ty­wy lat, coraz bar­dziej prze­ko­nu­ję się, że wła­śnie takie doświad­cze­nia zosta­ją z dziec­kiem naj­dłu­żej. Nie ide­al­ne oce­ny, nie per­fek­cyj­nie wyko­na­ne obo­wiąz­ki i nie poje­dyn­cze sukcesy.

To codzien­ne poczu­cie, że jest ktoś, kto wie­rzy w jego moż­li­wo­ści, nawet wte­dy, gdy ono samo zaczy­na w nie wątpić.

Zostaw odpowiedź