Czego naprawdę potrzebują dzieci? O obecności, która daje poczucie, że jestem ważny

Czy dzie­ci napraw­dę uszczę­śli­wia­ją dro­gie zabaw­ki, nowo­cze­sne gadże­ty, naj­mod­niej­sze ubra­nia i egzo­tycz­ne wyjaz­dy? W świe­cie, w któ­rym łatwo mie­rzyć miłość ilo­ścią pre­zen­tów, coraz czę­ściej umy­ka to, co dla dziec­ka jest naj­waż­niej­sze i naj­bar­dziej fun­da­men­tal­ne: bli­skość, uwa­ga i obec­ność rodzica.

Coraz czę­ściej moż­na odnieść wra­że­nie, że w pogo­ni za „dobrym dzie­ciń­stwem” doro­słym zda­rza się zaspo­ka­jać raczej wła­sne, nie­zre­ali­zo­wa­ne potrze­by z prze­szło­ści, rekom­pen­so­wać bra­ki swo­je­go dzie­ciń­stwa, niż rze­czy­wi­ście odpo­wia­dać na to, cze­go potrze­bu­je dziec­ko tu i teraz. Bo prze­cież „ja tego nie miałem/am, więc moje dziec­ko będzie mia­ło wszyst­ko”. Tyl­ko że „wszyst­ko” nie zawsze zna­czy to, cze­go dziec­ko naj­bar­dziej potrzebuje.

Dzieci nie potrzebują więcej rzeczy. Potrzebują więcej nas

Pre­zent może być pięk­ny, war­to­ścio­wy, roz­wi­ja­ją­cy. Pro­blem zaczy­na się wte­dy, gdy sta­je się sub­sty­tu­tem rela­cji. Nowa gra, zestaw kloc­ków czy dro­gi wyjazd nie mają mocy budo­wa­nia bli­sko­ści same z sie­bie. To dopie­ro rela­cja nada­je im znaczenie.

Bo co z tego, że Pio­truś dostał na uro­dzi­ny tyle pre­zen­tów, że led­wo mie­ści­ły się na dywa­nie, sko­ro potem nikt nie zna­lazł chwi­li, aby usiąść z nim, poba­wić się, pory­so­wać, pośmiać się, być razem. Co z tego, że Ania ma „wszyst­ko”: pięk­ne waka­cje, wyma­rzo­ne pre­zen­ty i naj­lep­sze mar­ko­we ubra­nia – jeśli jed­no­cze­śnie sły­szy, że rodzi­ce znów wyjeż­dża­ją i znów jej nie będzie komu przy­tu­lić na dobranoc?

Dziec­ko nie zapa­mię­ta, jaki model tele­fo­nu mia­ło w wie­ku 10 lat. Ale zapa­mię­ta, czy ktoś chciał słu­chać jego histo­rii. Czy ktoś napraw­dę był obok, gdy było mu trud­no. Czy czu­ło się ważne.

Najcenniejsze, co możemy dać – to obecność

Obec­ność to nie tyl­ko bycie fizycz­nie pod jed­nym dachem. To uważ­ność na dziec­ko: na jego emo­cje, prze­ży­cia, pyta­nia, lęki i rado­ści. To auten­tycz­ne zain­te­re­so­wa­nie tym, co dla nie­go istot­ne. To słu­cha­nie – nie tyl­ko słów, ale i milczenia.

Kie­dy słu­cha­my dziec­ka, pozwa­la­my mu poczuć: „jestem waż­ny”, „ktoś widzi to, co prze­ży­wam”, „mam zna­cze­nie”. To bez­po­śred­nio wpły­wa na to, jak dziec­ko będzie w przy­szło­ści postrze­gać sie­bie i innych. Czy uzna, że jego emo­cje mają sens, czy będzie uwa­ża­ło, że trze­ba je cho­wać. Czy nauczy się mówić o trud­no­ściach, czy będzie uda­wać, że ich nie ma.

To wła­śnie poprzez codzien­ną obec­ność prze­ka­zu­je­my dzie­ciom war­to­ści – nie poprzez wykła­dy, ale przez doświad­cze­nie: „w moim świe­cie ludzie są waż­niej­si niż rzeczy”.

Ciepło to nie tylko ubranie

Cza­sem dzie­ci mają wszyst­ko.
A naj­bar­dziej bra­ku­je im kogoś obok.

Cie­pło to nie tyl­ko mięk­ki koc, nowa blu­za czy mod­ne buty.
Cie­pło to głos, któ­ry mówi: „jestem”.
To ręka, któ­ra przy­tu­la.
To czas, któ­ry napraw­dę jest wspól­ny, a nie „przy okazji”.

Rze­czy mogą być waż­ne. Mogą cie­szyć, roz­wi­jać, dawać radość.
Ale nigdy nie sta­ną się waż­niej­sze od ludzi.

Zostaw odpowiedź